Zduszone w sinych
oparach smogu
wciśnięte w zwój
kabli
zawieszonych nad
rdzawymi głowami kościołów
zlepione z ulicznych
śmieci odpadków i zużytych szmat
pędzących po bruku
jak w ucieczce przed wilkiem
który prowadzi
zagubione owce na nieistniejące pastwisko
Stało w obłudnym
spokoju jakby zawieszone w nieistniejącym wymiarze
Gdzie przechodzień
wypluwał swój smutek na spękany chodnik
a dziecko ciągnęło
rękę matki w stronę torów kolejowych
I jeszcze ja stałam
gdzieś z boku
uwięziona między
ściną a kraterem krawężnika
okiem biernego
obserwatora pochłaniająca szarość
zaślepiona blaskiem
bilbordów odbijających się w spękanych szybach
i nasłuchująca
wzniosłych krzyków ptaków
którym dawno temu
ktoś odciął skrzydła
Stawiam pierwszy krok
w stronę wyimaginowanej przepaści
i nawet zapadając się
w fałszywej pustce
po raz pierwszy będę
podziwiać
Moje miasto beze mnie
Odwiecznie tonące w
szklistych barwach niekończącej się ekstazy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz